8 marca 2019

Błędy w książkach

Bardzo Was przepraszam, że od kilku tygodni nie ukazał się żaden post. W poniedziałek miałam zamiar wrzucić artykuł o tekstologii (ostatecznie ukaże się 11 marca), ale nie udało mi się zredagować go na czas. A poza tym… Rozpoczął się II Festiwal Czytelniczy Literatury Faktu i Poezji pod hasłem „Dialog przeciw nienawiści” i tak się składa, że akurat wtedy (4 marca) było spotkanie z – przynajmniej dla mnie – chyba najważniejszą postacią historii opozycji antykomunistycznej Adamem Michnikiem, więc nie mogłam sobie odpuścić tego mityngu, zwłaszcza że w moim mieście takie wydarzenia zdarzają się rzadko. Myślę, że wystarczająco usprawiedliwiłam się. A teraz przejdę do dzisiejszego zagadnienia, czyli dlaczego w książkach pojawiają się błędy.
We wtorek na bookstagramie rozgorzała dyskusja na temat błędów ortograficznych, interpunkcyjnych, językowych i typograficznych, które pojawiły się w książce Wiedźma morska z Wydawnictwa Niezwykłe. Ten wpis jest rozwinięciem mojego komentarza pod postem Karoliny, której niektórzy zarzucili m.in. shejtowanie wydawnictwa. A jeśli ktoś nie wie, o jakich bykach mowa, odsyłam do zapisanej relacji na Instagramie Nadeine.
W zeszłym roku byłam stażystką w dużej grupie wydawniczej, gdzie uczyłam się fachu korektora i redaktora od profesjonalistów i poznałam proces wydawniczy od środka. Dodatkowo na moich studiach licencjackich zajęcia typowo redaktorskie czy korektorskie prowadziły osoby związane od lat z branżą wydawniczą. Dlatego można powiedzieć, że wiem całkiem sporo o tym, jak wydaje się książki z punktu widzenia pracownika wydawnictwa.
Zapoznając się z zaistniałą sytuacją wokół Wiedźmy morskiej, początkowo myślałam, że najzwyczajniej w świecie ktoś przesłał do drukarni zły plik, co zdarza się nawet najlepszym. Czasami wina leży po stronie drukarni, a czasami po stronie kogoś z wydawnictwa. Po wykryciu tego błędu jest jedno wielkie zamieszanie i – jeśli jest jeszcze czas – wstrzymuje się druku i przysyła poprawny plik. Niestety ta wpadka wykrywana jest najczęściej tuż po wydrukowaniu, a wtedy wydawnictwo może jedynie przeprosić, wycofać cały nakład z rynku i jak najszybciej przesłać poprawne egzemplarze. Wydawnictwo i tak ponosi dość spore koszty całej operacji.
Literówki czy drobne błędy językowe były, są i będą w różnego rodzaju publikacjach, niezależnie od tego, ile czasu i pieniędzy poświęcimy na korektę i redakcję. Jesteśmy tylko ludźmi i przepuszczamy nie zawsze zauważalne błędy. Niestety niektóre wydawnictwa zatrudniają jednego korektora czy redaktora do pracy nad jedną publikacją. Jeśli chodzi o te ostatnie stanowisko (nie liczę tu redaktora inicjującego, technicznego czy prowadzącego, bo oni mają nieco inne zadania), to jest to standard. Natomiast w czystej teorii dwie korekty tej samej książki może przeprowadzić ta sama osoba, o ile ma tak zwane oczko nie od guziczka, jak na przykład Teresa Kruszona – jedna z najlepszych korektorek w Polsce. Dlaczego wydawnictwa skracają proces wydawniczy albo angażują do niego mniej osób? Odpowiedź jest prosta. Pieniądze. Koszt jednej korekty przeprowadzonej przez jednego korektora wynosi od 25 do 75 zł brutto za jeden arkusz wydawniczy (ok. 21 stron), zaś redakcji – od 100 do 200 zł brutto. Im lepszy korektor/redaktor, tym wyższa cena. Im więcej błędów, tym więcej pracy, co oznacza automatycznie wyższą cenę. Mowa tu tylko i wyłącznie o freelancerach, gdyż część wydawnictw zatrudnia redaktorów na umowę o pracę, w odróżnieniu od korektorów, dla których umowa o dzieło jest normą.
Ale oprócz lapsus calami są zdecydowanie gorsze błędy. Mowa o potknięciach merytorycznych czy logicznych, które nie zawsze wynikają z niewiedzy czy nieumiejętności redaktora, tylko ignorancji lub błędnej nieomylności autora. Bywają tacy pisarze, którzy nie chcą poprawiać swoich powieści, bo albo za niedługo jest premiera ich książki, a oni nie mają czasu na research, więc nie chcą słyszeć o jakiś kolejnych poprawkach, albo uważają, że w ich utworach nie ma błędów, a redaktor niech sobie gada, co chce, najwyżej będzie jego wina. To są dość denerwujące postawy, szczególnie gdy redaktor ma bardzo pedagogiczne podejście do treści utworów i chce poprawić każdy błąd, jeśli istnieje taka możliwość (dla ciekawskich – poznałam takiego redaktora). Wtedy jestem za krótką formułką umieszczoną na stronie redakcyjnej, że autor nie chciał współpracować z redaktorem i to przez niego książka zawiera błędy logiczne lub merytoryczne. Ze studiów znam anegdotkę, według której redaktorzy któregoś z reportaży Ryszarda Kapuścińskiego bali się zapytać Kapuścińskiego, czy czasem nie pomylił nazwy rzek w Afryce będących w różnych częściach tego kontynentu. Wszyscy wychodzili z założenia, że przecież reporter takiego kalibru nie może się mylić. Kiedy w końcu jeden z nich przełamał się i zadał autorowi nurtujące go pytanie w ostatniej chwili, Kapuściński od razu poprawił błąd, dziwiąc się, dlaczego nikt wcześniej nie zwrócił mu uwagi w tej sprawie.
Tajemnicą poliszynela jest fakt, że tłumaczenia poprawia się najlepiej jak to możliwe. Niekiedy coś się skraca lub dodaje, żeby zgubić zawieszki w składzie. Wydawnictwo kupuje licencję na tłumaczenie z danego języka, po czym zleca je tłumaczowi. Owszem, przekład może być lepszy lub gorszy od oryginału, ale to dlatego, że trzeba dostosować tekst z języka obcego do naszego. Jeśli zaś chodzi o fatalne tłumaczenia, to każde wydawnictwo ma trzy opcje. Pierwsza to wydawca zleca tłumaczenie innej osobie i porównuje oba przekłady, po czym wybiera ten najlepszy. Ale wtedy trzeba zapłacić obu tłumaczom, a na taki wydatek nie zawsze wydawnictwa mogą sobie pozwolić. Druga to rezygnacja z wydania publikacji, kiedy jest ona [publikacja – red.] fatalna nawet w oryginale, co zdarza się najrzadziej, bo wydawnictwa starają się wybierać bestsellery, a także dlatego, że rezygnacja oznacza utopienie pieniędzy w błocie. I trzecia, najprostsza: poprawić tekst najlepiej jak się tylko da.
Parę razy trafiły mi się publikacje z błędami typograficznymi, ale na szczęście pochodzą one z lat 90. XX wieku, kiedy to jeszcze nie było tak zaawansowanych programów do składu tekstu jak np. Adobe InDesign. W tamtych czasach istniał jeszcze zawód zecera, który składał stronę po stronie za pomocą czcionek drukarskich, potem smarował metalowe znaki farbą drukarską i specjalna prasa odbijała tekst na papierze. Wspomnę jeszcze, że w zawodzie zecera alkoholizm był powszedni, bo w drukarniach (nawet w tych dzisiejszych) używano sporych ilości alkoholu. Natomiast znalezienie podstawowych błędów typograficznych w publikacjach z XXI wieku przy możliwości wykorzystania współczesnych programów DTP zakrawa o absurd! Chociaż patrząc na skład Wiedźmy morskiej, to jest to możliwe, ale wtedy trzeba albo nie umieć obsługiwać programu, albo nie znać zasad typografii.
Mam nadzieję, że Wydawnictwo Niezwykłe wyciągnie wnioski z tej sytuacji i w przyszłości będzie zachowywać się jak profesjonalne wydawnictwo, czego im i nam – czytelnikom – życzę. A Karolinie i Natalii dziękuję za nagłośnienie sprawy.

Udostępnij:

0 komentarze:

Prześlij komentarz