11 stycznia 2020

Typy edycji


Po omówieniu podstawowych pojęć w tekstologii przyszedł czas na opisanie typów edycji. Będzie to dość długi wpis. Najpierw chciałabym wyjaśnić Wam pewną rzecz. W edytorstwie słowa „edycja” i „wydanie” są synonimiczne, ale „edytor” i „wydawca” już nie. To dlatego, że kim innym jest edytor, a kim innym wydawca. Ten pierwszy zajmuje się opracowaniem książki, natomiast ostatni – jej wydaniem.
Ciężko jest wyróżnić jeden typ klasyfikacji edycji, ponieważ różnice między wydaniami są płynne, a nie każdy edytor jest skłonny do uznania uporządkowania Romana Lotha.
Edycje dzielą się ze względu na sposób przygotowania edycji i na przeznaczenie. W tym pierwszym „worku” rozróżnia się wydanie krytyczne i wydanie pozbawione cech krytyczności. Natomiast ze względu na przeznaczenie wyróżnia się trzy wydania: A, B i C.
Wydanie krytyczne nie jest typem edycji, lecz sposobem przygotowania edycji. Jest opatrzone aparatem krytycznym, na który składają się merytoryczne przypisy wyjaśniające decyzje edytorskie oraz przypisy bibliograficzne. Natomiast – cytując Lotha – „nie każde wydanie opracowanego krytycznie tekstu stanowi edycję krytyczną w znaczeniu tradycyjnie przyjętym [1]”, co oznacza, że bez krytyki tekstu i aparatu krytycznego ani rusz. Jednak co trzeba zrobić, żeby edycja była krytyczna?
Edycja krytyczna to taka, która „spełnia następujące warunki: w wyniku krytyki tekstu (kontrolnej lektury, porównania wszystkich edytorsko ważnych przekazów, wprowadzenia odpowiednich poprawek) podaje tekst zgodny z intencją autora […]; rejestruje odmiany tekstu w sposób pozwalający na odtworzenie dziejów kształtowania się utworu; opatruje tekst w opracowania pomocnicze ułatwiające prowadzenie nad nim prac badawczych” [2]. Jednocześnie chcę zaznaczyć, że każda edycja krytyczna jest edycją naukową, ale nie odwrotnie, ponieważ – jak wcześniej wspomniałam – ta pierwsza jest sposobem przygotowania tekstu.
A jakie są edycje podzielone ze względu na przeznaczenie?
Wydanie typu A to wydanie naukowe, które w wyniku krytyki tekstu podaje tekst zgodny z wolą autora, rejestruje odmiany tekstu w aparacie krytycznym w taki sposób, aby badacz mógł odtworzyć dzieje kształtowania się utworu. Ze względu na swój źródłowy charakter „ograniczone jest do filologicznego przygotowania tekstu do badań historycznoliterackich i językoznawczych, bez jakichkolwiek sugestii interpretacyjnych” [3]. Zawiera opracowania (komentarz i przypisy) wyłącznie o charakterze filologicznym. Z tego wydania korzystają badacze i studenci polonistyki. Przykładem wydania naukowego mogą być niektóre wydania z serii „Biblioteki Pisarzów Polskich”, np. Dzieła wszystkie Jana Kochanowskiego (wydanie sejmowe).
Wydanie typu B to wydanie popularno-naukowe. Od naukowego różni się tym, że nie ma konieczności podawania aparatu krytycznego, który w tym typie edycji zostaje ograniczony przez edytora do wybranej koncepcji, a modernizacja jest znacznie szersza, natomiast wydanie te nie ma konkretnych zarysów, żeby mówić o jednej odmianie, ponieważ może być ono przeznaczone do badań naukowych lub do prowadzenia zajęć dydaktycznych oraz skierowane z myślą o innym odbiorcy. Dlatego edycja popularno-naukowa „będzie poprzedzona wstępem historycznoliterackim, omawiającym – w zależności od potrzeb odbiorcy i od koncepcji całości – najważniejsze problemy utworu (jego genezę, cechy gatunkowe, zagadnienia artyzmu, usytuowanie wśród współczesnych mu prądów literackich, znaczenie w historii literatury – i inne) i nie stroniącym od wartościowania” [4]. Nota edytorska jest ograniczona do najpotrzebniejszych informacji, a sposób opracowania tekstu nie będzie tak szczegółowy jak w edycji naukowej, w której powinno opracować się wszystkie przekazy. Według Lotha nie stanie się nic, jeśli wydanie popularno-naukowe oprzemy na wcześniej wydanej edycji krytycznej. Wrócę na chwilę do modernizacji tekstu. W tym wydaniu jest ona dostosowywana do kręgu czytelników, dlatego nie umieszcza się transliteracji (każdy znak odpowiada znakowi) na rzecz transkrypcji (przekład na obowiązującą pisownię). Oprócz noty edytorskiej powinien się pojawić komentarz językowy i inne, jeśli jest taka potrzeba. Przykładami edycji popularno-naukowej mogą być książki z serii „Biblioteki Narodowej” (przez studentów filologii polskiej popularnie zwane beenkami) z Wydawnictwa Ossolineum.
Wydanie typu C, czyli wydanie popularne, podaje sam tekst pobrany z edycji popularno-naukowej lub naukowej w przypadku braku tej pierwszej. Komentarze i przypisy są dostosowane do poziomu nauczania lub przeznaczone dla bardzo szerokiej grupy czytelniczej. Przykładem mogą być opracowania lektur szkolnych z Wydawnictwa Greg, które radzę omijać szerokim łukiem.
Podsumowując podział wydań ze względu na przeznaczenie… Teoretycznie klasyfikacja Lotha jest wyraźna i można ją zastosować w praktyce. Problem w tym, że nie każdy tekst będzie na tyle elastyczny, żeby jego edycja idealnie wpasowywała się w ramy wydania naukowego czy popularno-naukowego, zawsze trzeba będzie coś dodać lub zmienić. Najłatwiej jest sklasyfikować teksty staropolskie, ponieważ ich język, zapis wyrazów może się znacząco różnić od współcześnie znanych nam zasad, co wymusza umieszczenie transkrypcji. Jednak ze względu na niewielkie różnice językowe w XIX i XX wieku nie można wyodrębnić za pomocą modernizacji wydania naukowego i popularno-naukowego, ponieważ w każdym z tych wydań będą one do siebie bardzo podobne.
Mogą się zdarzyć edycje popularno-naukowe w opracowaniu krytycznym, w których tekst będzie przygotowany w ten sposób. Czasami może się zdarzyć, że w takiej edycji znajdziemy aparat krytyczny.
To tyle jeśli chodzi o typy edycji. Wiem, że w artykule padło kilka dotąd nieznanych Wam sformułowań jak krytyka tekstu czy aparat krytyczny. Dlatego postaram się jak najszybciej opublikować poświęcone im teksty, ale pozwólcie, że najpierw omówię edycję krytyczną.
Do następnego wpisu :)

PRZYPISY:
[1] R. Loth, Podstawowe pojęcia i problemy tekstologii i edytorstwa naukowego, Warszawa 2006, s. 21.
[2] Tamże, s. 21–22.
[3] Tamże, s. 23.
[4] Tamże, s. 24.

BIBLIOGRAFIA
R. Loth, Podstawowe pojęcia i problemy tekstologii i edytorstwa naukowego, Warszawa 2006.

Udostępnij:

24 października 2019

Kilka słów wyjaśnienia


Bardzo Was przepraszam, że dopiero tydzień temu rzucałam na bloga nowy wpis. Ta kilkutygodniowa cisza była spowodowana moją przeprowadzką do Torunia, gdzie obecnie studiuję filologię polską (drugi stopień studiów stacjonarnych). Dodatkowo dostawałam (i nadal dostaję) płatne zlecenia z Instytutu Języka Polskiego Polskiej Akademii Nauk, przez co musiałam większość swojego czasu poświęcić zarobieniu pieniędzy.
Niektórzy z Was mogą sobie pomyśleć, że wpis na bloga można napisać w jeden dzień, bo przecież część blogerów tak robi. To prawda, ale ja nie potrafię napisać tekstu w jeden dzień (pewnie jakbym miała dziennikarskie doświadczenie, to potrafiłabym to). Ponieważ sama jestem sobie sterem, żeglarzem i okrętem, nie mogę napisać i opublikować artykułu tego samego dnia. Chcę, żeby mój blog był profesjonalny, choć sam jego wygląd o tym nie świadczy, ale nad tym też pracuję. Sam proces tworzenia wpisów trwa – w moim przypadku – dobrych kilka tygodni, gdyż najpierw zbieram materiały, czytam je, po czym siadam do pisania. Potem napisany tekst czeka ok. tygodnia na redakcję i korektę, ponieważ część błędów można znaleźć dopiero wtedy, kiedy autor o nim zapomni na pewien czas, bo zajmie się czymś innym. Nie mam nad sobą żadnego redaktora czy pomocnika, który w ciągu kilku godzin sprawdziłby mój tekst. Jestem młody edytorem (sorry, ale nie lubię feminatywu „edytorka”), a nie dziennikarką.
Ostatnie dwa tygodnie poświęciłam na napisanie kilku dużych artykułów edytorskich, które za niedługo opublikuję na blogu. Będzie co czytać, gdy ja w tym czasie wdrożę się w ponowne studiowanie i spróbuję nie zachorować na depresję podczas opracowywania opowiadań Krzysztofa Kamila Baczyńskiego.
Może się zdarzyć, że za jakiś czas znowu nic nie opublikuję, ale moja praca magisterska będzie edycją krytyczną opartą jedynie na rękopisach, których odczytanie może zająć mi sporo czasu. Wtedy możecie mnie znaleźć na Instagramie lub Facebooku! Jeśli jeszcze mnie nie obserwujecie, zachęcam do obserwowania i lajkowania. W sensie w mediach społecznościowych, a nie w normalnym życiu :) Będzie mi niezmiernie miło, kiedy będziecie pisać komentarze pod moimi postami lub je udostępniać!
Jeszcze raz bardzo Was przepraszam za moją nieobecność.

PS. Na wykładzie z antropologii literatury wpadłam na pomysł napisania tekstu pt. „Gender studies a literatura”. Aktualnie szukam tekstów o gender i gender studies, więc jeśli macie, jakieś propozycje, to piszcie w komentarzach pod tym postem.

Udostępnij:

17 października 2019

Tekst. Utwór. Przekaz


Na wstępie ostrzegam, że to będzie jeden z najdłuższych i najbardziej wymęczonych przeze mnie artykułów. W dzisiejszym wpisie znajdziecie sporo definicji do zapamiętania i cytatów, bez których nie mogłam się obejść (cóż poradzę, że lubię cytować jak Adam Michnik w swoich długich esejach), ale nie będę tu poruszała zagadnień, nad którymi głowią się językoznawcy, bo to nie moja działka i nie czuję się w niej pewnie tak jak w edytorstwie naukowym.
Tekst jest jednym z tych pojęć, które ciężko określić jedną definicją. Jeśli zajrzycie do kilku różnych słowników języka polskiego, okaże się, że w jednym np. w internetowym Słowniku języka polskiego tekst to „ciąg zapisanych słów i zdań składających się na pewną całość wyrażającą określone treści” [1], a w innym występuje podobne wyjaśnienie. Wielu językoznawców wciąż debatuje nad tym, czym jest tekst i kiedy ten ciąg zdań można uznać za tekst. Ten – nazwijmy to – chaos wymusił na edytorach ustalenie ich własnej definicji. I od razu wspomnę, że jak na razie nie ma jednej narzuconej, lecz są właściwie dwie. Pierwszą jest jak zawsze długa i niekoniecznie jasna definicja tekstu autorstwa Konrada Górskiego, natomiast drugą – znacznie popularniejsza, krótsza i prostsza – Romana Lotha. Zacznijmy chronologicznie, czyli od tego pierwszego.
Według Górskiego tekst to „ostateczny kształt językowy nadany dziełu przez autora w wyniku twórczego procesu i wyrażający tę realizację intencji twórczej, na której osiągnięcie pozwoliły warunki powstawania dzieła i możliwości pisarskie tegoż autora” [2].
Jednak zanim przejdę do wyjaśnienia, zatrzymam się na chwilę przy intencji autorskiej i procesie twórczym, bo to też są ważne pojęcia.
Intencja autorska lub wola autorska (tych pojęć używa się zamiennie) to zamysł autora/twórcy dotyczący ostatniej wersji utworu oraz okresu, kiedy tworzył i poprawiał dzieło. Dzieli się ją na sformułowaną, czyli taką, która jest wyrażona wprost np. w listach, notatkach albo w samym tekście, i immamentną, która jest ukryta, ale zawarta w tekście lub jest wydobywana z samego tekstu. Przy czym należy pamiętać, że bez stuprocentowej pewności, że dane źródło jest świadectwem woli autorskiej, nie można niczego dedukować.
Jeśli zaś chodzi o proces twórczy, to jego istotą jest aktywny stosunek twórcy do własnego dzieła w procesie jego późniejszego przeredagowywania. Pojęcie to ma chronić przed uznaniem za tekst autorski takiego tekstu, który swój kształt ostateczny uzyskał ręką innych osób, za biernym przyzwoleniem autora.
Znając te dwa powyższe pojęcia, można zrozumieć, o co chodzi Górskiemu. Autor, pisząc książkę, używa słów, które w wyniku jego woli i procesu twórczego tworzą ostateczny „kształt językowy”. Problem w tym, że – co świetnie wytknął badaczowi Loth – „wprowadzając pojęcie «ostatecznego kształtu dzieła» (to znaczy ostatniego chronologicznie w procesie twórczym) Górski łączy je najściślej z «warunkami» jego powstawania i «możliwościami pisarskimi» autora, a tym połączeniu chodzi mu o przyznanie statusu «tekstu» tej jego najpóźniejszej postaci, którą autor zdołał mu nadać wbrew wszelkim przeciwnościom, takim jak naciski zewnętrzne (presje środowiska, cenzura) lub inne czynniki wewnętrzne” [3].
Druga definicja należy do Romana Lotha, który, wykorzystując i definicję Górskiego, i Teresy Kostkiewiczowej (o niej za chwilę), stworzył swoją własną.
Wspomniana już Teresa Kostkiewiczowa w Słowniku terminów literackich uznaje tekst za „utrwalony – najczęściej w postaci graficznej – szereg współtworzących wypowiedź znaków językowych, których postać i porządek przyjmowane są jako niezmienne i nie powinny ulegać przekształceniom w procesie odbioru i powielania wypowiedzi – z wyjątkiem decyzji podejmowanych w tym zakresie przez jej twórcę […] nie jest tożsamy z dziełem, utrwala bowiem tylko jego schemat brzmieniowy i znaczeniowy, stanowi jednak podstawę i punkt wyjścia wszelkich czynności analitycznych i interpretacyjnych dotyczących utworu jako całości” [4].
Każda z powyższych definicji jest długa, skomplikowana i bazują na tych samych podstawach, ale różnią się stawianym naciskiem. I tutaj wkracza Roman Loth ze swoją definicją tekstu stworzoną dla tekstologów i edytorów w ramach pracy na edycją krytyczną. Dla niego tekst oznacza „warstwę językowo-brzmieniową, złożoną ze sensów słów, zwrotów i wyrażeń i odpowiadających im znaków, skomponowanych przez autora w celowo zaplanowaną całość” [5]. Nie dość, że krótka, to jeszcze łatwa do spamiętania. Profesor Dariusz Pachocki dla potrzeb studentów edytorstwa nieco ją skrócił i brzmi ona tak: „tekst to warstwa językowo-brzmieniowa złożona ze słów, znaków, zdań ułożonych przez autora w określony sposób. Jest nośnikiem treści”. Ważne też jest, że utwór może mieć co najmniej kilka tekstów, np. tekst redakcji wstępnej czy tekst ostateczny.
Skoro wiecie, co to jest tekst, to przejdę do utworu. Pewnie zauważyliście, że słowo „tekst” i „utwór” są bardzo często używane zamiennie, jakby były synonimami, a w rzeczywistości nimi nie są. Przynajmniej nie dla edytorów.
Utwór to po prostu „system nadbudowanych znaczeń nadrzędnych, które można rozpatrywać w różnych porządkach” [6] takich jak świat przedstawiony, gatunek, struktura etc., które nie są przedmiotem zainteresowań tekstologów.
Ostatnim pojęciem do wyjaśnienia został przekaz, czyli forma, w jakiej istnieje tekst. Przekaz może być zarówno utrwalony jak i nieutrwalony. Ten pierwszy jest zapisany w postaci graficznej, cyfrowej lub taśmie magnetofonowej, a ostatni stanowi zapis ustny jakiegoś tekstu, który w świadomości danej grupy ludzi istniał już wcześniej, ale każdy opowiadał ten sam utwór innymi słowami lub dodawał coś od siebie. Do przekazu często dodaje się człon typu „autorski”, „nieautorski”, „ocenzurowany” itp.
Żeby lepiej Wam wyjaśnić różnice między tekstem, utworem a przekazem, przedstawię Wam ćwiczenie, które prof. Dariusz Pachocki bardzo często wykorzystuje na zajęciach z tekstologii przy omawianiu tego tematu. Wyobraźcie sobie, że macie przed sobą trzy kartki z wierszem tego samego autora i o tym samym tytule. Pierwsza różni się od drugiej trzema wyrazami, które nie wpływają na interpretację, a trzecia jest taka sama jak pierwsza. Mając te informacje, zastanówcie się, ile jest tekstów, ile utworów, a ile przekazów.
Już?
Rozwiążmy zagadkę. Ponieważ kartki nr 1 i 3 są takie same, a kartka nr 2 różni się od nich trzema wyrazami, to mamy dwa teksty. Ponieważ żadne z tych trzech słów nie wpływa na interpretację, mamy do czynienia z jednym utworem. Na koniec mamy trzy przekazy, bo utwór jest na trzech kartkach.
Na dzisiaj to tyle. Mam nadzieję, że udało mi się wyjaśnić Wam te podstawowe pojęcia w tekstologii, bo bez ich rozumienia ani rusz. Zastanawiałam się, czy nie dołożyć tu fragmentu o tym, czym jest i czy w ogóle istnieje tekst kanoniczny, ale stwierdziłam, że to będzie już zdecydowanie dużo, zwłaszcza że w tym jedynym wpisie aż roi się od cytatów, bez których ciężko byłoby mi napisać ten artykuł. Jeśli kto chce więcej przeczytać na temat dzisiejszego wpisu, to zapraszam niżej, do bibliografii, gdzie jak zawsze umieszczam pomocne źródła. Najbardziej polecam Lotha. I zajęcia z tekstologii z prof. Pachockim :) Chętnie odpowiem na Wasze pytania. Może chcielibyście jakiś wpis niezwiązany z edytorstwem naukowym?

PRZYPISY:
[1] Tekst, hasło w: Słownik języka polskiego, https://sjp.pwn.pl/szukaj/tekst.html, [dostęp: 15.10.2019].
[2] R. Loth, Podstawowe pojęcia i problemy tekstologii i edytorstwa naukowego, Warszawa 2006, s. 14.
[3] Tamże, s. 15.
[4] Słownik terminów literackich, red. J. Sławiński, wyd. 3, Wrocław 1998, s. 575.
[5] R. Loth, dz. cyt., s. 15.
[6] Tamże, s. 16.

BIBLIOGRAFIA:
K. Górski, Tekstologia i edytorstwo dzieł literackich, Toruń 2011, s. 5–20.
R. Loth, Podstawowe pojęcia i problemy tekstologii i edytorstwa naukowego, Warszawa 2006, s. 13–17.


Udostępnij:

20 sierpnia 2019

Księga Wyjścia


Wydana w zeszłym roku książka Mikołaja Grynberga pt. Księga Wyjścia jest zbiorem wstrząsających wywiadów z polskimi Żydami. Większość rozmówców polskiego fotografa wyemigrowała z Polski Ludowej w latach 1968–1971, a pozostali, których można policzyć na palcach jednej ręki, mimo wszystko pozostała. Nie jest to lektura łatwa czy optymistyczna, bo zawiera ona wiele gorzkich słów prawdy.
Mikołaj Grynberg każdego rozmówcy pyta się, czy czuł się Polakiem, czy wiedział o swoim żydowskim pochodzeniu, czy spotkali się z antysemityzmem przed Marcem ’68, dlaczego zdecydował się wyemigrować, co utracili, jak potoczyło się jego życie po opuszczeniu Polski, a także jak rodzice uratowali się przed Holokaustem. Ale jednocześnie nakłania ich do wyjaśnienia pewnych rzeczy czytelnikowi, który o tej części polskiej historii wie niewiele. Większość odpowiadających to potomkowie tych, którzy w czasie wojny wyemigrowali w głąb ZSRR, a w Holokauście zginęła prawie cała ich rodzina.
Świadectwa dzisiaj już starszych ludzi, którzy zostali zmuszeni do emigracji, zawierają wiele rzeczy, o których się nie mówi. Nie mówi się o tym, że po wojnie sytuacja Żydów nie uległa poprawie, że inne dzieci rzucały w żydowskie dzieci kamieniami lub szykanowały je, bo nie chodziły na religię czy nie przystąpiły do pierwszej komunii. Ukazuje się tu oblicze antysemityzmu, które nie jest związane z tą ciemną stroną postawy Polaków wobec Żydów. Ta twarz mnie dotknęła, choć doskonale wiem o pogromie w moich Kielcach.
Przejdźmy jednak do samego Marca ’68 i jego skutków. Posłowie dr. hab. Piotra Osęki wyjaśnia czytelnikowi wiele faktów związanych z tą niechlubną kartą w historii Polski. Wszystko zaczyna się już w 1967 roku, kiedy to Izrael wygrywa wojnę sześciodniową z państwami arabskimi, które są jawnie wspierane przez ZSRR. W Polsce dodatkowo coraz mocniej do głosu dochodzą moczarowcy. Potem rozpoczynają się protesty studentów przeciwko zdjęciu z desek Teatru Narodowego Dziadów (styczeń 1968) i w obronie wyrzuconych z Uniwersytetu Warszawskiego wbrew obowiązującej ustawie dwóch studentów Adama Michnika i Henryka Szlajfera (wiec z 8 marca 1968). Jednak od wojny sześciodniowej Polacy pochodzenia żydowskiego zaczynają być obywatelami drugiej kategorii.

W myśl obowiązujących przepisów opuszczający Polskę Żydzi mieli zrzec się obywatelstwa, w zamian otrzymywali dokument podróży, pozwalający na jednokrotne przekroczenie polskiej granicy [1]

Dzisiaj nie do pomyślenia jest, żeby władza żądała od obywateli zrzekania się obywatelstwa w zamian za wydanie dokumentu podróży, żeby emigrant nie miał prawa wrócić do swojej ojczyzny, a także żeby państwo wyrzucało kogoś z pracy lub blokowało możliwość zatrudnienia się z powodu niewłaściwego pochodzenia. To wszystko, co robiła PRL-owska władza, ukryte było pod płaszczykiem oskarżenia o syjonizm i antypolskość. Państwo stanęło przeciwko własnym obywatelom.
Nie dość, że władze właściwie zmuszały Polaków pochodzenia żydowskiego do emigracji poprzez usuwanie z listy studentów lub odmawianie zatrudnienia, to jeszcze upokarzały ich podczas szykowania się do wyjazdu, gdyż emigranci mogli zabrać ze sobą określone rzeczy, które musiały być spisane.

Przygotowanie do wyjazdu były czasochłonne. Należało zdobyć promesę wizy, wydawaną przez ambasadę holenderską, po czerwcu 1967 roku reprezentującą interesy Izraela w PRL-u. Następnie wyjeżdżający musieli oddać — bez odszkodowania — mieszkania wraz z wyposażeniem. Nie mogli wywozić pieniędzy, toteż z myślą o nowym życiu gromadzili dobra uchodzące w Polsce za luksusowe: dywany, telewizory, kryształy, futra. Zabierane w podróż przedmioty musiały nosić ślady używania, inaczej konfiskowane były przez celników, więc ubrania trzeba było szybko „znosić”, a dywany „zadeptać” [2]

Po przeczytaniu książki dochodzę do wniosku, że trzeba było być albo bardzo odważnym, albo cholernie upartym, żeby nie zdecydować się na emigrację na skutek tej ogromnej, antysemickiej nagonki. Do niewielkiego grona Polaków pochodzenia żydowskiego, którzy zdecydowali się pozostać w Polsce i tu zbudować swoje życie, należą rodzice Mikołaja Grynberga czy chociażby sam Adam Michnik, z którym autor nie rozmawiał, bo to chyba byłoby zbyt oczywiste. A poza tym słowa Michnika skierowane do komunistycznego aparatczyka, gdy ten próbował namówić go na wyjazd, nie wymagają żadnego komentarza: „Tak, wyjadę do Izraela następnego dnia po tym, jak pan wyjedzie do Moskwy”.
Słyszałam opinie, że ta książka doprowadza do łez. Nie doświadczyłam tego, ale zdołał to zrobić Rejwach Grynberga. Nie mniej wstrząsające są dane, które podaje Piotr Osęka. Oblicza się, że w efekcie Marca ‘68 Polskę opuściło ok. 13 tysięcy Polaków pochodzenia żydowskiego, w tym ludzi kultury i nauki.
Uważam, że warto poświęcić czas na przeczytanie tego zbioru wywiadów, bo czytamy świadectwa ludzi, których osobiście dotknął Marzec ’68, a nie sztywne opracowanie historyczne tamtych czasów. Bo Marzec ’68 był nie tylko wydarzeniem, dzięki któremu młodzi ludzie wierzący, że komunistyczny ustrój można ulepszyć, stracili złudzenia i zaczęła się tworzyć opozycja antykomunistyczna, lecz przede wszystkim ciemną kartą w powojennej historii Polski.
Jeśli jeszcze nie czytaliście Księgi Wyjścia, to jak najszybciej udajcie się po nią do biblioteki lub księgarni!

PRZYPISY:
[1] P. Osęka, Polowanie na piątą kolumnę [w:] M. Grynberg, Księga Wyjścia, Wołowiec 2018, s. 407.
[2] Tamże, s. 407–408.


Mikołaj Grynberg, Księga Wyjścia, Wołowiec 2018. Wydawnictwo Czarne. Fot. Katarzyna Płońska.


Udostępnij:

22 lipca 2019

#stophate

Istnieją wydarzenia, o których trzeba głośno mówić. Na blogu piszę głównie o edytorstwie naukowym i literaturze, ale poruszam także kwestię kultury, starając się omijać politykę szerokim łukiem. Jednak sobotnie wydarzenia na I Marszu Równości w Białymstoku i niedzielna debata na ich temat w mediach, także tych społecznościowych, sprawiły, że zdecydowałam się poruszyć ten temat. Postaram się, żeby ten tekst był krótki.
Od razu zaznaczę, że popieram postulaty środowiska LGBT+ i nie uważam, że chcą oni zniszczyć cywilizację lub propagują antywartości. Na spotkaniu z Jackiem Dehnelem w Kielcach 4 lipca 2019 roku usłyszałam o tym, że osoby LGBT+ nie czują się w Polsce bezpieczne, że nikt nie reaguje na ich krzywdę, że chcą tylko tych samych praw, które przysługują heteroseksualistą.
Kilka dni temu na Twitterze natknęłam wpis „Gazety Polskiej” promujący naklejki z napisem: „Strefa wolna od LGBT”, co natychmiast przywołało mi skojarzenie z hitlerowskimi Niemcami i tabliczkami: „Nur für Deutsche”. Szczerze mówiąc, nie zdziwiłam się akcją tej gazety, ale zabrakło mi słów, bo – cytując klasyka – „Nie ma w słowniku ludzi kulturalnych słów, które mogłyby dostatecznie obelżywie określić pańskie postępowanie”.
Najpierw zaczyna się od stref wolnych od kogoś, a kończy na ludobójstwie. Mam wrażenie, że nie wyciągnęliśmy żadnych wniosków z Holokaustu. To, co działo się w sobotę w Białymstoku czy w zeszłym roku w Lublinie, gdy horda bandytów rzucała m.in. kostką brukową, kamieniami i butelkami wypełnionymi moczem w spokojny i kolorowy Marsz Równości i brutalnie atakowała ludzi w nim uczestniczących, jest najlepszym dowodem na to, że najwyższy czas na edukowanie ludzi, że fakt, że ktoś jest inny, nie oznacza, że można go nienawidzić i odmawiać mu praw i szacunku. Niestety coraz bardziej obawiam się, że za chwilę ktoś może stracić życie tak jak śp. Paweł Adamowicz, od którego śmierci tydzień temu minęło pół roku, i mimo gdańskiej tragedii też nie wyciągnęliśmy wniosków. I znowu będą słowa nawołujące do skończenia z nienawiścią, z nienawistnym językiem, z pogardą. I znowu po tygodniu wrócimy do obrzucania się gównem. Święta nie jestem i zdarza mi się kogoś nienawidzić czy nie szanować, ale trzeba z tym walczyć, co też robię.
Nikogo nie wolno opluwać, bić czy odmawiać podstawowych praw człowieka, niezależnie od tego, czy jest się Magdaleną Ogórek czy Adamem Michnikiem, który spędził osiem lat w komunistycznych więzieniach za wolność naszą i waszą.
Widząc na nagraniach i zdjęciach z wczorajszego marszu ludzi, którzy najpierw modlili się, a potem rzucali w uczestników marszu kamieniami, przypomniały mi się słowa o. Ludwika Wiśniewskiego o tym, że: „Najgorsze jest połączenie modlitwy z nienawiścią”. Jedyne do czego prowadzi nienawiść, to wojna i cierpienie. Ona nie tworzy kultury, narodów, społeczeństw, jedynie je niszczy.
Ostatnio spotkałam się z argumentem, że Parada Równości promuje antywartości. Jakie antywartości? Czy to, że osoby LGBT+ chcą być szanowani i czuć się bezpiecznie w kraju i mieście, w którym żyją, jest antywartością? Czy to, że chcą zawierać małżeństwa, odwiedzać partnera w szpitalu i dziedziczyć po nim jest antywartością? No nie. To nienawiść jest antywartością, którą należy wyrzucić z każdego społeczeństwa, ale nie zrobi się tego bez wyzbycia się tego ohydnego uczucia z samego siebie i dotyczy to zarówno prawicy, jak i lewicy czy centrum. Każdy zasługuje na szacunek, nawet ten, co rzuca kamieniami w innych. Może spokojna dyskusja z tym bandytą otworzy mu oczy, że społeczeństwo LGBT+, czy żyd, czy Ukrainiec nie jest mu wrogiem ani nie próbuje go zniszczyć.
Może najwyższy czas zrozumieć, że osoby LGBT+ nikogo nie krzywdzą, że nie mają żadnego wpływu na swoją orientację, przez co nie mogą tego zmienić, choć niektórzy pewnie by chcieli, że niekoniecznie uznają seks homoseksualny z grzech. Homoseksualizm, biseksualizm i transpłciowość nie jest chorobą. Ludzki mózg nie zawsze akceptuje narządy płciowe męskie czy żeńskie.
Jeśli Ty uważasz taki stosunek płciowy za grzech, to go nie uprawiaj. I przestań nazywać gejów, lesbijki czy osoby transpłciowe dewiacją, bo nią nie są, bo nie mają na to, kim są, żadnego wpływu, bo swoimi słowami ich obrażasz, nie szanujesz. Skoro Ty możesz iść za rękę ze swoją dziewczyną czy chłopakiem i całować się w miejscu publicznym, wrzucać zdjęcia z miłością swojego życia do internetu, to dlaczego odmawiasz innym do tego prawa. Skoro krzyczysz: „Ręce precz od naszych dzieci”, to zabierz je z tego parszywego sierocińca. Skoro nie chcesz edukacji seksualnej w szkole, to nie zapisuj na nią swojego dziecka, tak samo ja nie będę żądała usunięcia religii ze szkół, bo po prostu nie zapiszę na nią swojej pociechy, jeśli kiedykolwiek będę ją miała. Przestrzeń publiczna i państwo jest dla wszystkich, nie tylko dla Ciebie.
Lecz zaraz ktoś powie, że obrażają jego wiarę. Rozumiem, że Matka Boska z tęczową aureolą czy cipka na kiju przypominająca procesję Bożego Ciała może urazić uczucia religijne wielu katolików. Potępiam wszelkie akty obrazy uczuć religijnych, choć w żaden sposób mnie nie urażają, bo po pierwsze: zgodnie z naukami Tory obrazy i rzeźby przedstawiające Boga (w judaizmie nie ma świętych) są złamaniem Dekalogu, a po drugie: nie mam żadnych uczuć religijnych, bo jak prawie każdy pozytywista nie wiem, czy Bóg w ogóle istnieje, co nie oznacza, że jestem ateistką. Z drugiej strony, rozumiem też osoby, które rozpowszechniają Matkę Boską w tęczowej aureoli, bo oni w ten sposób reagują na nazywanie ich dewiantami, którymi nie są.
Na koniec apel. Jeśli widzisz gdzieś antysemicki, ksenofobiczny, rasistowski czy homofobiczny napis lub symbol, zrób zdjęcie, zgłoś na policję (mają święty obowiązek się tym zająć) i do mediów lokalnych lub ogólnopolskich, po czym usuń go. Jeśli słyszysz nienawistne słowa, upomnij osobę, która w ten sposób się wyraża. Nie jest to łatwe, sama nad sobą pracuję, bo należę do osób nieśmiałych i strachliwych. Ale piętnowanie nienawiści sprawi, że może kiedyś będziemy żyć w lepszym świecie, bo to my i politycy tworzymy podziały na żydów, gejów, muzułmanów czy gorszy sort, choć wszyscy jesteśmy tacy sami, choć różni.
Jeśli ktoś jeszcze ma wątpliwości, niech rozważy w swoim sercu słowa rabina Symchy Kellera: „Kochaj bliźniego jak siebie samego. Jeśli nie kochasz siebie, nie kochasz bliźniego. Jeśli nie kochasz bliźniego, nie kochasz siebie”. Jeśli chcecie ze mną podyskutować z kulturą na temat LGBT+, piszcie w komentarzach, a ja na wszystkie odpowiem. Zaznaczam, że jeśli ktoś zacznie używać mowy nienawiści w stosunku do mnie czy innych osób, jego komentarz zostanie usunięty. #Stophate
Grafika stworzona przez @erillsstyle


Udostępnij: