17 czerwca 2019

Z perspektywy wydawnictwa. Jak wydać książkę?


Na wstępie zaznaczę, że dzisiaj nie będę zajmowała się tym, jak wydać książkę w wydawnictwie typu self publishing czy vanity publishing, ponieważ chcę im poświęcić odrębny wpis w niedalekiej przyszłości. Natomiast opiszę ten proces z perspektywy wydawnictwa komercyjnego typu Znak czy Grupy Wydawniczej Foksal, które mają właściwie cztery sposoby na pozyskanie nowych pozycji książkowych.
Pierwszy z nich to wyszukiwanie spośród nadesłanych propozycji wydawniczych przez ludzi, którzy przelali tworzące się w ich głowach historie na papier.
Pewnie spora część z Was marzyła lub nadal marzy o wydaniu swojej pierwszej książki i byciu sławnym pisarzem mającym oddanych fanów. Spędzaliście długie godziny na wymyślaniu fabuły od A do Z, konstruowaniu zaskakujących zwrotów akcji, kreowaliście bohaterów i świat przedstawiony, a nawet sięgaliście do różnych poradników pisarskich, np. Stephana Kinga czy Remigiusza Mroza. W końcu zaczynaliście pisać, a może niektórzy z Was nawet opublikowali swoje „wypociny” w internecie. Ale pewnego dnia tego zaniechaliście, a jeśli jesteście szczęściarzami, to nadal kontynuujecie przygodę z pisarstwem.
Wydanie książki jest zawsze świetnym pomysłem, aby przekonać się, czy znajdzie się ktoś, kto zaryzykuje spore pieniądze na opublikowanie utworów nieznanego jeszcze pisarza. Problem w tym, że wcale nie tak łatwo wydać debiutancki utwór. I nie chodzi tu o podejście wydawców do debiutantów, ale o to, jak piszą początkujący pisarze, czyli niekoniecznie najlepiej, co kiedyś dotyczyło także przyszłych wielkich literatów.
Wyobraźcie sobie, że napisaliście książkę z ciekawą historią i uznaliście, że to jest to, co chcecie opublikować, pokazać swoje dzieło większej liczbie czytelników niż tylko swoim bliskim. Już chcecie wysłać swoją propozycję do waszego ulubionego wydawnictwa, ale najpierw sprawdźcie na miłość boską, czy wydawca chce wydrukowany egzemplarz czy wersję elektroniczną. Do paczki lub e-maila z całym i ukończonym tekstem dołączcie koniecznie listę dotychczas opublikowanych utworów, króciutką biografię z danymi kontaktowymi (jeśli o to nie proszą, nie musicie) oraz STRESZCZENIE. Na palcach jednej ręki mogę policzyć, ile propozycji wydawniczych miało prawidłowo napisane streszczenie, gdyż w większości były to teksty marketingowe, które po solidnym zredagowaniu można było śmiało wrzucić na tylną stronę okładki. Streszczenie – jak sama nazwa wskazuje – streszcza treść utworu i tylko na jego podstawie redaktor pracujący w danym wydawnictwie pisze recenzję wydawniczą, o której za chwilę. Po wysłaniu możecie już tylko wyglądać na odpowiedź, na którą – nie oszukujmy się – czeka się dosyć długo. Zaraz wyjaśnię, dlaczego tak się dzieje.
W siedzibie wydawnictwa maszynopis lub plik przygarnia sekretarz redakcji, ewentualnie stażysta, jeśli ten ostatni nie ma nic do roboty. Od razu spieszę uspokoić, że po stażyście zwykle ktoś przeczyta nadesłany tekst jeszcze raz. Przyjęło się, że czyta się kilkanaście lub kilkadziesiąt stron z początku, środka i końca lub losowy wybranych części. Sekretarz redakcji lub wcześniej wspomniany stażysta ma obiektywnie ocenić, czy książka spełnia dwa bardzo ważne warunki, tj. lekkie, ale nie grafomańskie, pióro oraz w miarę oryginalny pomysł. Te aspekty rzucają się w oczy jako pierwsze. Jeśli nadesłana propozycja ich nie ma, zostanie odrzucona już na samym początku, co spotyka zdecydowaną większość przysłanych tekstów.
Dlaczego wydawnictwa odrzucają tak dużo propozycji? Dlatego że najczęściej z jakiegoś powodu nie nadają się one do publikacji. Może to być problem gatunku literackiego, które dane wydawnictwo nie wydaje pod swoim szyldem. Z doświadczenia wiem, że większość propozycji ma pomysł i jest on w dużej mierze oryginalny, ale przeciw wydaniu przemawia zbyt ciężki styl. Z perspektywy wydawnictwa komercyjnego nie ma sensu wydawać czegoś, co większość czytelników zamknie po dziesięciu stronach lub uśnie po dwudziestu.
Ale co to jest ta tajemnicza recenzja wydawnicza, o której wspomniałam dwa akapity wcześniej? Krótko mówiąc, jest to opinia, która zawiera ocenę nadesłanego utworu, listę podobnych, lecz wcześniej wydanych dzieł oraz to, czy treść wpisuje się w jakiś trend panujący w danym okresie na rynku wydawniczym. Na podstawie tej recenzji podejmuje się ostateczną decyzję, czy wydać konkretny tytuł.
Jeśli uważnie obserwujecie rynek wydawniczy, to z pewnością zauważyliście, że po tym, jak Pięćdziesiąt twarzy Grey’a dostało się na listę TOP 10 Empiku, to w księgarniach bardzo szybko zaczęły pojawiać się erotyki. Czasami fakt, że jakaś książka jest w czymś podobna do innej, zamienia się w zaletę, co świetnie udowodniło „dzieło” Blanki Lipińskiej, na okładce którego pojawiło się hasło „Ojciec chrzestny i Pięćdziesiąt twarzy Grey’a w jednym”. Oczywiście wspomniana przeze mnie książka nie ma zbyt wiele wspólnego z utworem Maria Puza, bo po prostu jest takim disco polo literatury.
Z pewnością słyszeliście historię o tym, jak wydawnictwa wielokrotnie odrzucały Harry’ego Pottera J.K. Rowling, bo rynek mówił im, że to się nie sprzeda, gdyż grupa docelowa tej serii nie interesowała się fantastyką. I kiedy w końcu brytyjskie wydawnictwo zdecydowało się opublikować dzieło pt. Harry Potter i kamień filozoficzny, okazało się, że prawie cały kraj oszalał na punkcie Chłopca, Który Przeżył. A potem kolejne wydawnictwa wykupywały prawo do tłumaczenia i wkrótce powstała pierwsza ekranizacja.
Czasami wydawnictwa zastrzegają sobie okres oczekiwania na decyzję, ale w praktyce te duże i popularne nie dotrzymują tego terminu i najczęściej odpowiadają po roku albo dwóch latach. Głównie dlatego, że pierwszej selekcji dokonuje jedna osoba, czyli sekretarz redakcji, który oprócz tego ma jeszcze cały szereg rzeczy do zrobienia i najzwyczajniej w świecie nie starcza mu czasu na ocenianie, kiedy trzeba uzupełnić numerami ISBN nowy katalog wydawniczy. Jedyne co możecie w takiej sytuacji zrobić, to uzbroić się w cierpliwość. I lepiej nie poganiajcie wydawnictwa. Tam pracują ludzie, nie maszyny.
Pamiętajcie, że przysyłając swoją propozycję wydawniczą, zawsze jest 90% szans na to, że wydawnictwo ją odrzuci, a kiedy to się stanie, dostaniecie pięknego e-maila, że niestety nie podejmą się wydania tegoż utworu. Jeśli spodziewacie się, że dostaniecie długaśną opinię wraz z radami, co poprawić, dodać lub wyrzucić, to bardzo się mylicie. Osoba, która jako pierwsza czyta wasze teksty, nie ma na tyle czasu, żeby napisać specjalnie dla was uczciwą recenzję, poza tym nikt jej za to nie płaci.
Oprócz wybrania kilku propozycji wydawniczych wydawnictwo może jeszcze: wyszukać kilkanaście zagranicznych tytułów na międzynarodowych targach książki, cierpliwie czekać, aż stały autor napisze nową historię, zlecić napisanie książki lub skusić się na czyjś pomysł. Te dwie ostatnie opcje dotyczą zwykle wywiadów-rzek, poradników czy reportażu i literatury faktu. Przy tych ostatnich dwóch sposobach ocenia się pomysł i sprawdza, kim jest autor propozycji. Jeśli chodzi o obcojęzyczne tytuły, to najczęściej osoby z wydawnictwa poszukują ich na zagranicznych targach książki, po czym sprawdza się, czy ma dobre recenzje i czy w Polsce będzie na nią popyt, i jeśli wszystko jest okej, wydawnictwo kupuje prawa do utworu.
Natomiast może się zdarzyć, że jakieś wydawnictwo ogłosi konkurs, w którym do wygrania jest kwota pieniężna i wydanie utworu. Ale zwykle robi to Czwarta Strona Fantastyki, która należy do Grupy Wydawnictwa Poznańskiego, oraz wolontariackie Fantazmaty.
I jeszcze drobna uwaga. Bardzo niechętnie wydaje się już opublikowane książki, chyba że są one autorstwa znanych i lubianych pisarzy, którzy zmienili wydawcę i zamarzyli o stworzeniu kolekcji swoich dzieł.
Teraz pewnie jesteście rozczarowani tytułem dzisiejszego wpisu, bo właściwie nie piszę o jakiś szokujących rzeczach, które robią wydawnictwa, żeby wydać dany utwór. Ale taka jest prawda. Nie ma żadnej maszyny losującej autorów i nikt nie spiskuje przeciwko Wam. Musicie jedynie ciągle pracować nad swoim warsztatem pisarskim i nigdy się nie poddawać, a może kiedyś będziecie podpisywać swoje książki, czego Wam serdecznie życzę.
Piszcie w komentarzach, co jeszcze chcecie wiedzieć o życiu wydawnictwa. A może coś z typografii lub edytorstwa naukowego? Jestem w trakcie pisania teksu o okładkach, więc za jakiś czas powinien się pojawić na blogu. Na koniec chcę Was poprosić o lajki, komentarze i follow na moim Instagramie i fanpage’u. Życzę miłego dnia albo wieczoru :)


Fot. Katarzyna Płońska


Udostępnij:

0 komentarze:

Publikowanie komentarza